NBA
poniedziałek, 21 lutego 2011

Ekipa Zachodu pokonała Wschód 148-143 podczas Meczu Gwiazd NBA, który odbył się w Los Angeles. Najlepszym zawodnikiem meczu wybrany został Kobe Bryant zdobywca 37 punktów.

Spotkanie dostarczyło sporo emocji w końcówce kiedy Zachód roztrwonił 17 punktów przewagi (117-100) z początku czwartej kwarty. Do odrabiania strat Wschód porwał LeBron James, który jako drugi gracz w historii Meczów Gwiazd zanotował triple-double (29 pkt., 12 zb., 10 ast.). Pierwszym był oczywiście Michael Jordan. Dzięki wyczynom LeBrona przewaga na około minutę przed końcem zmalała do zaledwie dwóch punktów, ale wtedy swoją klasę pokazał Kevin Durant z zimną krwią trafiając dwukrotnie pod rząd.

Kobe Bryant zanotował 37 punktów i 14 zbiórek i tylko sześciu "oczek" zabrakło mu do rekordu Wilta Chamberlaina, który w 1962 zdobył 42 punkty. Kobe rozpoczął mecz bardzo efektownie od dwóch dunków i widać było, że bardzo zależy mu na zaprezentowaniu się jak najlepiej przed swoją publiczością. Kilka akcji przeprowadził wręcz na siłę, a przy jednej ze zbiórek w obronie niemal wyrwał piłkę z rąk Duranta, który był tym faktem lekko zdziwiony.

Kevin Durant dołożył do dorobku drużyny z zachodniego wybrzeża 34 punkty i również mógł być brany pod uwagę przy ustalaniu zwycięzcy nagrody dla MVP. Mecz od poczatku był rozgrywany w szybkim tempie z wieloma efetownymi akcjami. Swoje pierwsze punkty w All Star Game Blake Griffin zdobył w tradycyjny dla siebie sposób czyli po alley-oopie.

Pierwsza piątka Wschodu przed rozpoczęciem meczu odprawiła rytuał Jamesa co było zapowiedzią dobrej zabawy podczas meczu.

Tak na świeżo na pewno w pamięć zapadło mi wejście całej czwórki Celtics w jednym momencie na parkiet i potwarne gwizdy w Staples Center z tym związane. Kevin Garnett rozegrał tylko osiem minut, ale był przywódcą duchowym ławki Zachodu. "Żył" najbardziej ze wszystkich graczy kiedy jego zespół zmniejszał przewagę Wschodu.

Inną kwestią całego weekendu jest sposób w jaki do realizacji transmisji przygotował się Canal+, w którym mogliśmy oglądać All Star Weekend. Totalnym nieporozumieniem okazał sie dobór prowadzących w studio orazich gości. Wojciech Michałowicz do współkomentowania konkursów zaprosił byłego 10-cioboistę Ryszarda Katusa tylko dlatego, że ten mieszka obecnie w Los Angeles, ale o koszykówce spod znaku NBA nie ma pojęcia. Przed sezonem wykupiłem pakiet premium League Pass, ale oglądałem konkursy i mecz na C+ ponieważ ciężko opowiedzieć ile dzięki temu mogłem się uśmiać słuchając lapsusów płynących z ekranu telewizora. Przepraszam za takie wynurzenie, ale ciężko było tego nie zauważyć w trakcie trwania tak prestiżowej imprezy.

Więcej o meczu postaram się napisać w okolicach wieczora na spokojnie. Niebawem trzeba wstawać do pracy więc dobranoc i do usłyszenia.

 

niedziela, 20 lutego 2011

Nie miałem wcześniej czasu poruszyć tego tematu, ale nie darowalbym sobie go opuścić. Kilka dni temu ogłoszone listę dwunastu nazwisk, z których trzy zostaną wybrane trzeciego kwietnia do Hall of Fame. Wśród wybranych znaleźli się:

Tex Winter

Ralpf Sampson

Teresa Edwars

Tara Vanderveer

Maurice Cheeks

Herb Magee

Dick Motta

Chris Mullin

Hank Nichols

Jamaal Wilkes

Powyżej wypisałem jedenaście osobistości. Nie ma na niej tego najważniejszego z mojego punktu widzenia, ale podejrzewam, że wielu uważa podobnie. Dennis Rodman przez jednych uwielbiany przez innych nienawidzony, ale jedno stwierdzić można ze stuprocentową pewnością. Nie ma soby, która nie doceniałaby jego wielkich umiejętności.

Moje uwielbienie do "Robaka" wzięło się z mojego odwiecznego uwielbienia do specyficznych graczy. Nigdy moim ulubionym graczem nie był zawodnik pokroju Michaela Jordana czy LeBrona Jamesa (co nie znaczy, że nie cenię ich umiejętności). Koszulka Bulls z numerem 91 była moja pierwszą spod znaku NBA jaką miałem okazję posiadać w życiu. Pamiętam, że po zakupie nosiłem ją niemal na okrągło. Na bosiko do szkoły i kościoła. Byłem wtedy dziesięcioletnim chłopcem zakochanym w NBA chcącym farbować sobie włosy w różnobarwne wzroki. Mama szybko wybiłami ten pomysł  z głowy.

Wiele osób zadaje pytanie dlaczego gracz, który wielokrotnie zachowywał się delikatnie mówiąc niezgodnie z przyjętymi kanonami miałby wstapić do zacnego grona wielkich postaci Galerii Sławy. Odpowiem na początek czysto statystycznie.

Pięć Mistrzostw NBA (2x z Pistons i 3x z Bulls)

Deffensive Player of the Year (1990, 1991)

Siedmiokrotnie najlepszy zbierający NBA

Ośmiokrotnie wybrany do pierwszej piątki obrońców

Niedawno Detroit Pistons ogłosili, że po sezonie zastrzezony zostanie numer 10, z którym grał w ich barwach Rodman. Dwóch jego kompanów z czasów gry w Bulls czyli MJ i Scottie Pippen już mają swoje miejsce w HOF. Jego wybór wydaje się czysta formalnością. Chyba nigdy nie urodzi się już gracz z takim wyczuciem do zbierania piłek. Koszykarz, który ze zdejmowania piłki z tablic uczynił wielki spektakl. Chyba nikt kto pamięta czasy gdy Dennis jeszcze grałnie zapomni jego niesamowitych umiejętności defensywnych i pamiętnych pojedynków choćby z Karlem Malone czy Horace Grantem.

Rodman to także ta gorsza strona i ekscesy takie jak na przykład to:

NBA i David Stern doskonale zdawali sobie sprawę, że potrzebują Dennisa, który po pierwsze świetnie gra, ale i robi wokół siebie zamieszanie. Romanse z Madonną czy Carmen Electrą za każdym razem lądowały na pierwszych stronach gazet i niezwykłą popularność ligi można w pewnym stopniu zaliczyć na konto najlepszego zbierającego w historii.

Pamiętam kiedy Rodman przyjechał do Polski co wywołało niesamowite zainteresowanie, a w "Magic Basketball" lub "Pro Baskecie" w wywiadzie powiedział coś w stylu: "Jeśli dostanę konkretną propozycję mogę zagrać w Polsce". Naiwność młodego chłopca jakim wtedy byłem, że będę mógł zobaczyć kiedyś swojego największego idola w naszej lidze była wielka.

Po zdobyciu piątego Mistrzostwa i zakończeniu kariery przez Michaela Dennis sam postanowił również zawiesić buty na kołku. Przerwa nie trawała jednak długo bo ciagnie wilka do lasu. Tym sposobem "Robak" podjął jeszcze dwukrotnie podchodzić do NBA. Za pierwszym razem w 23 meczach w barwach Lakers w trakcie 28 minut potrafił zbierać 11.2 piłek. Rodman naturalnie się nie zmienił i dalej szokował. Lakers rozstali się z nim po kilku spóźnieniach i nieobecnościach na treningach.

Po szybkim rozstaniu z LAL w kolejnym sezonie pod swoje skrzydła przygarnął go Marc Cuban. Skończyło się na dwunastu spotkaniach i aż 14.3 zbiórkach w każdym z nich. Trudno było jednak pogodzić mu się z myślą, że druzyna nie ma szans na tytuł.

Dennis Rodman na zawsze pozostanie w naszej pamięci osobą nie poddającą się trendom. Dennis zawsze chadzał swoimi ścieżkami i szukał wolności życiowej na swój sposób. Był po części postacią tragiczną, a zarazem wybitną i takich ludzi włąsnie pamięta się najdłużej.

 

Jeśli spodziewaliśmy się po tegorocznym Sprite Slam Dunk Contest fajerwerków to możemy czuć się zawiedzeni. Blake Griffin zgodnie z przewidywaniami wygrał konkurs wsadów w trakcie sobotnich konkursów, ale poziom nie mógł powalić na kolana. Trudno jednak powiedzieć, że gracze nie popisali się inwencją mimo, że w kilku próbach zwyczajnie skopiowali wcześniejsze wzorce.

Gracz Clippers zapewnił sobie wygraną finałowym wsadem ponad autem, którym wjechał na parkiet w Staples Center Baron Davis. Muszę przyznać, że pewnie jak wielu po tym co widziałem w trakcie trwania sezonu regularnego oczekiwałem konkursu,który dostarczy wrażeń na kilka kolejnych dni. Griffin miał być pewnikiem dającym odpowiedni poziom zmagań. Wsady wykonywane kolejno przez Blake'a Griffina, Serge Ibakę, JaValee McGee i DeMara DeRozana wydawały się już jakby znajome. Blake wykonał dunk z zawiśnięciem na obręczy za łokieć co już dekadę temu zaprezentował Vince Carter. Jedyną różnicą było to, że tegoroczny rookie odbił wcześniej piłkę od tablicy. Ibaka natomiast wsadził piłkę po wcześniejszym wybiciu się z linii rzutów osobistych co dla 7 footera jest dużym wyczynem. Zaznaczyć jednak trzeba, że wyglądało to barzo ślamazarnie.

Największe wrażenie zrobił na mnie wsad Serge Ibaki kiedy zdjął z obręczy maskotkę dla dziecka, które wpadło zagubione na parkiet i szukające swojej zabawki. Może to niezbyt ambitne, ale właśnie taką otoczkę w tym konkursie lubię. Był cały cyrk związany z celebrowaniem wykonania tego dunku i dużo śmiechu. Wydaje mi się, że właśnie o to chodzi co najlepiej we wcześniejszych latach pokazywali Dwight Howard z Natem Robinsonem.

W finale JaValee McGee nie był w stanie przeskoczyć Griffina ponieważ jego wsady nie dorównywały trudnością ani pomysłowością tym zawodnika gospodarzy. Wcześniej center Wizards popisał się akcjami kiedy wsadzał dwie piłki naraz do dwóch oddzielnych koszy, a w kolejnej próbie przy pomocy Johna Walla dunkował do jednego kosza już trzema piłkami co mu się udało.

Wcześniej odbyły się jeszcze inne konkursy, które raczej nie powaliły na kolana swoim poziomem. Szczególnie konkurs rzutów za trzy punkty nie dostarczył odpowiednich emocji. Zwycięzcą okazał się zawodnik Miami Heat James Jones, który w finale pokonał Raya Allena i Paula Pierce'a z Celtics. Jones nawiązał do pięknych tradycji Heat i wygrał konkurs podobnie jak wcześniejsi gracze Miami tacy jak Daequan Cook, Jason Kapono i Glen Rice.

Najbardziej emocjonującym momentem konkurencji było zapewnienie sobie miejsca w finale przez Pierce'a dopiero w ostatnim eliminacyjnym rzucie pomimo ciągłego wygwizydywania przez kibiców z LA. Ray Allen lider wszechczasów pod względem trafionych "trójek" wygrał pierwszą rundę z 20 punktami i wydawał się byc zdecydowanym faworytem ostatecznej rozgrywki, ale spudłował zbyt dużo rzutów na początku i nie udało mu się już na koniec odrobić strat.

Na negatywną ocenę Foot Locker 3-point Contest wpłynęła fatalna postawa Daniela Gibsona z Cavs, który uzyskał zaledwie siedem punktów i lidera strzelców NBA Kevina Duranta. Lider Thunder zgromadził jeszcze o jedno "oczko" mniej niż obrońca z Cleveland.

Tuż przed konkursem dla najlepszych snajperów zza łuku odbył sie Skills Challenge czyli rywalizacja rozgrywających. Najwszechstronniejszym playmaykerem okazał się Stephen Curry z Golden State Warriors. W pokonanym polu pozostawił między innymi zeszłorocznego challengera Chrisa Paula. Zawodnik Hornets skompromitował się już przy pierwszej okazji nie trafiając łatwego lay-upa czym zaprzepaścił szansę na zwycięstwo. John Wall i Russell Westrbook zachowywali się jakby nie chciało im się uczestniczyć w tej zabawie czym zepsuli widowisko. Curry w finałowym "przejeździe" uzyskał bardzo dobry czas (28.2 sek.) i nie dał najmniejszych szans swoim rywalom.

Drużynowy konkurs rzutów wygrał zespół Atlanty z Alem Harfordem, Steve Smithem i Coco Miller w składzie. W eliminacjach najlepszy czas zanotowała ekipa Texasu (Dirk Nowitzki, Kenny Smith i Roneeka Hodges) 31.8 sekund co jest nowym rekordem konkurencji Haier Schooting Stars. Wydatnie pomógł w tym szybko trafiony rzut z połowy boiska Kenny'ego Smitha na co dzień zasiadającego w studio NBA razem z Charlesem Barkleyem. Tym razem w jego miejsce pojawił się wielki nieobecny Weekednu Gwiazd Shaq O'Neal czym bardzo ubarwił wieczór przed ekranem, a stacja TNT przypomniała walkę jaką stoczyli obaj kiedy Chuck biegał jeszcze po parkietach ligi.


W finale Atlanta wyrobiła się w 1:10 co dawało wielkie szanse na wygraną Texsasowi. Jednak Nowitzki i spółka mieli problem z celnym rzutem ze środka i przegrali rywalizację o dziesięć sekund.



Dzisiaj o 2:00 naszego czasu danie głównie całego weekendu czyli All Star Game 2011.

sobota, 19 lutego 2011

Tegoroczny ALL STAR Weekend możemy oficjalnie uznać za rozpoczęty. Najważniejzym dla mnie wydarzeniem był mecz Rookies - Sophomores. Kolejny raz oglądajac to spotkanie nie zawiodłem się ani przez chwilę. Młodzi gracze NBA pokazali jak zadowolić publiczność w Staples Center i przed TV.

Blake Griffin w pierwszej połowie otrzymał cios w nos od DeJuana Blaira i aby nie ryzykować zdrowia na parkiecie pojawił się dopiero w drugiej części gry. Trener debiutantów Kevin McHale celowo oszczędzał zawodnika Clippers, który będzie najbardziej zapracowanym koszykarzem tego wekkendu. Poza występem w meczu młodych nadziei NBA w dniu dzisiejszym weźmie udział w Sprite SLum Dunk Contest, a jutro jako jedyny z wczorajszych składów zadebiutuje w "dorosłym" All Star Game.

Swoją drogą Blake zdobył w całym meczu 14 punktów i jeśli dobrze pamiętam to wszystkie padły po alley-oopach. Piłki doskonale narzucał mu John Wall, który z 22 asystami ustanowił rekord w historii tych spotkań bijąc 17 ostatnich podań Chrisa Paula. Współpraca dwóch numerów 1 ostatnich draftów układała się znakomicie. Wall po meczu powiedział, że kiedy widzi w zasięgu wzroku gracza w koszulce Clippers z numerem 32 to bez zastanowienia może rzucać piłkę nad kosz nawet jeśli ulubieniec widowni jest właśnie gdzieś na trybunach bo i tak do niej doskoczy.

Po tym zagraniu Amar'e, który był omocnikiem trenera Rookies pozostało zrobić tylko tak:


Moim faworytem do zdobycia tytułu MVP spotkania był Blair. Zawodnik Spurs otrzymał tą nagrodę już w poprzednim roku, ale oczywiście w barwach Rookies. Tym razem od początku zaczął z wysokiej półki i prezentował duże zaangażowanie i efektowne zagrania.

W sumie center "Ostróg" zdobył 28 punktów i zebrał 15 piłek. Nalepszym zawodnikiem spotkania wybrany został jednak Wall ponieważ mecz zakończył się wygraną debiutantów 148-140.

Gracze obu zespołów wystąpili w koszulkach swoich drużyn klubowych co muszę przyznać bardziej podoba mi się od uniformów Wschodu i Zachodu. Przypominają mi się Mecze Gwiazd z końcówki lat 90-tych kiedy gwiazdy właśnie w takich strojach przystępowały do rywalizacji. Ciekawą częścią garderoby młodych koszykarzy były skarpetki w ........ kwardaciki w większości kolorystycznie dopasowane do butów zawodników.

Wall miał w swojej drużynie poważnego konkurenta do miana MVP imprezy w osobie DeMArcusa Cousinsa, który otwarcie wypowiadał się, że chciałby zdobyć nagrodę. Wiele akcji kończył indywidualnie, a przy okazji w bardzo efektowny sposób. Skrzydłowy Kings uzbierał 33 punkty i 14 zbiórek.

Wśród drugoroczniaków 30 punktów zaliczył James Harden, a jego kolega klubowy Serge Ibaka zaskoczył wszystkich w tym najbardziej samego siebie trafiając dwie "trójki". W trakcie swojej dwuletniej przygody z NBA w rozgrywkach sezonu regularnego graczowi Thunder udało się tylko raz rzucić celnie zza łuku.

Muszę przyznać, że oglądając spotkanie nie zawiodłem się i patrząc na popisy "młodych gniewnych" uważam, że wysoko postawili oni poprzeczkę swoim starszym kolegom. Bardzo ciekawą sytuacją byłe ciągłe kontaktowanie się komentatorów meczu z trenerami obu zespołów w trakci spotkania. Steve Kerr i Kevin McHale na bieżąco zdawali relację z ławek obu drużyn.

W ostatnich dniach pojawiły się sygnały jakoby Carmelo Anthony wznowił rozmowy z Nets. Wczoraj w rozmowie z Craigiem Sagerem w trakcie meczu Melo zapewniał, że przyjechał do LA świetnie się bawić podczas ASW z kolegami i rodziną i ani myśli o negocjacjach kontaktowych. Źródła zbliżone do ESPN donoszą jednak, że skrzydłowy Denver ma spotkać się w Mieście Aniołów z przedstawicielami zarówno Nets jak i Knicks. Melodrama trwa dalej, ale wydaje się już blisko rozwiązania. Niewątpliwie będziemy śledzić wydarzenia związane z Melo z równym zaangażowaniem jak dzisiejsze konkursy w Staples Center.

Młodzieniec na zdjęciu powyżej został wybrany MVP meczu All Star Celebrity Game. Przyłączę się do "akcji" chłopaków z Zawszepopierwsze i nie będę przez szacunek do fanów koszykówki wymieniał nazwiska ulubieńca dzisiejszego pokolenia nastolatek.


Wschód pokonał Zachód 54-49. Trenerami zespołów byli Magic Johnson i Bill Walton. W składach drużyn mogliśmy zobaczyć byłe gwaizdy NBA Socottie Pippena, Mitcha Richmonda, Chrisa Mullina czy Jalena Rose'a. Meczu nie widziałem i jeśli mam powiedzieć prawdę to nie "kręci" mnie on zbytnio. Ograniczam się więc tylko do suchych faktów. Wybaczcie, ale jednak to spotkanie jest dla mnie zbyt naciągane. Jeśli byliby to tylko byli koszykarze czyli All Star Weterans Game chyba byłaby to lepsza reklama ligi.

D-League Dream Factory Dunk Contest 2011


 

wtorek, 15 lutego 2011

Ponad trzy miesiące nieprzespanych nocy połączonych z poranną pracą i dodatkowo szkołą dały o sobie znać. Organizm nieco się zbuntował dlatego ostatnie dwa tygodnie były bardzo ubogie we wpisy na blogu. Nie oznacza to naturalnie, że zawiesiłem jego działalność. Wręcz przeciwnie zamierzam zacząć pisać ze zdwojoną siłą już niebawem. Zbliża się przecież All-Star Weekend, transfer deadline i ostateczna walka o Play-offs. Będzie się działo.

W ostatnich dniach również sporo się dzieje choćby kolejny świetny występ zaliczył Marcin Gortat (video poniżej). Obecnie ładuję akumulatory w austriackich Alpach, a dokładnie w pięknym ośrodku położonym w Styrii Schladming. Przy okazji polecam wszystkim taką wyprawę, szczególnie tym, którzy jeżdżą po naszych krajowych stokach.

Pozdrawiam wszystkich czytelników enbijejowo.blox.pl i zapraszam już od weekendu na codzienną dawkę informacji spod znaku NBA.

21:49, gladysh1 , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lutego 2011

Los Angeles Lakers (37-16) - Boston Celtics (38-14) 92-86

Ray Allen rozpoczął ten mecz z jasnym nastawieniem aby jak najszybciej trafić dwie "trójki" i pobić dzięki temu rekord wszechczasów Reggie'go Millera, a potem zacząć rozpracowywanie Lakers. Ray trafił dwa z trzech pierwszych rzutów tyle, że były to trafienia za dwa. Kolejna próba tym razem zza łuku okazała się skuteczna, a niebawem po rzucie w kontrataku Allen został samodzielnym liderem klasyfikacji najcelniej rzucających za trzy graczy w historii ligi. TD garden oczywiście zgotowała mu owację na stojąco łącznie z obecną na trybunach mamą Allen. Symboliczne przekazanie pałeczki nastapiło natomiast z rąk Reggie Millera, który komentował ten mecz. Całą sytuację widać na powyższym zdjęciu.

Lakers w pierwszej połowie zgodnie z przewidywaniami dominowali pod koszami (28-14 w punktach z pomalowanego do przerwy). Kendrick Perkins był tak wolny, że Pau Gasol i Andrew Bynum zbierali większość piłek z tablic. W trzeciej kwarcie Celtics objęli prowadzenie 49-35 głównie dlatego, że brakowało pomocy dla graczy podkoszowych. Kobe Bryant oddał w pierwszej części gry zaledwie 3 rzuty (3 pkt., 4 ast. do przerwy). Podopieczni Doca Riversa mogli więc sobie pozwolić na straty z pomalowanego kiedy wiedzieli, że nie grozi im zupełnie nic na obwodzie. Słabszy dzień miał Lamar Odom, który próbował nieco na siłę wciskać się pod kosz "Celtów".

Końcówka drugiej kwarty mogła jednak dać nam dużo do myślenia jak będzie dalej układał się ten mecz. Ron Artest zacieśnił obronę na Paulu Pierce, a LAL zanotowali run 10-0. Phil Jackson wiedział, że Kobe będzie musiał zwiększyć liczbę rzutów, aby zająć obronę gospodarzy.

Jak miało być tak się stało "Black Mamba" rozpoczął drugą połowę od trafiania. Posłał szybko na ławkę z czwartym przewinieniem bohatera wieczoru Allena co jeszcze bardziej ułatwiło mu zdobywanie kolejnych punktów kiedy miał przewagę wzrostu nad Vonem Waferem. W drugiej połowie zaliczył w sumie 20 "oczek", a w ostatniej odsłonie wrócił na parkiet dopiero na 5 minut przed końcem meczu. I co zrobił? Rzucił 6 punktów z rzędu i zaliczył decydującą asystę do Gasola. Po takich ciosach Boston nie mógł już się podnieść.

Lakers wygrali walkę na tablicach 47-37 i punkty spod kosza 50-32 co przy dobrej egzekucji Kobego w drugiej połowie musiało dać wygraną. Warto podkreślić dobrą obronę Lakers szczególnie po przerwie kiedy Celtics nie mieli czystych pozycji i byli dobrze podwajani.

P.S.

Wieczorem postaram się dokładniej opisać ten mecz, ale teraz muszę uciekać przespać się chwilę i uciekać do pracy. Sorry za brak cyferek, ale piszę chwilę po meczu na szybko.

Myśleliście kiedyś, że Matt Bonner to smutny gość z kamienną twarzą? Obejrzyjcie poniższy filmik i zobaczcie, że Coach "B" to człowiek z bardzo ciekawym poczuciem humoru.


01:33, gladysh1 , NBA
Link Dodaj komentarz »

Jerry Sloan po 23 latach zrezygnował z posady trenera Utah Jazz.

Na pierwszy rzut oka ta wiadomość wydaje się być żartem. Kto? Jerry Sloan? Przecież on zawsze będzie siedział na ławce Jazzmanów tak jak Alex Ferguson na Old Trafford. Nic bardziej mylnego. Niedawno zakończyła się konferencja prasowa, na której Sloan oznajmił, że czas skończyć.

Bezpośrednim powodem tej sytuacji jest prawdopodobnie konflikt z rozgrywającym Jazz Deronem Williamsem. Utah przegrało 10 z ostatnich 14 spotkań, a podczas ostatniego przegranego z Chicago D-Will jedną z akcji rozegrał wbrew wcześniejszym zaleceniom Sloana po czym w szatni miała wybuchnąć burza.

68-letni trener był najdłużej nieprzerwanie pracującym trenerem nie tylko w NBA, ale i w ogóle w zawodowych ligach za oceanem. Z ławki poprowadził Jazz w 1221 wygranych meczach od 9 grudnia 1988 roku. W sumie wygrał ponad 60% spotkań, w których był trenerem (1221-803 i 98-104 w playoffs). Jako jedyny z jednym teamem osiągnął pułap 1000 zwycięstw. Dwa razy doprowadził drużynę z Malonem, Stocktonem i Hornackiem w składzie do finałów NBA w 1997 i 1998. Oba przegrał z Bulls, których kiedyś był zawodnikiem. Jego koszulka z numerem 4 była pierwszą zastrzeżoną przez Bulls w historii organizacji.

Ciężko mi uwierzyć w taki obrót sytuacji. Sloan i Jazz z fantastycznym duetem i Gregiem Ostertagiem na centrze to jedne z moich pierwszych wspomnień z młodzieńczej fascynacji NBA. Sloan od zawsze siwy pan z klasą. Tak przynajmniej go odbierałem i tak jak dla mnie zachowywał się podczas pożegnalnej konferencji prasowej. Patrząc dziś na trenerską legendę widzę jak posunął go czas, ale zdaję sobie sprawę jak wiele znaczył dla całej ligi nie mówiąc już o Salt Lake City.

Sloan był już trenerem Jazz kiedy w lidze nie było jeszcze drużyn z Orlando, Minneosty, Charlotte, Memphis i Toronto. Podczas jego kadencji w lidze doszło do 245 zmian na stołkach trenerskich w innych drużynach. Tylko Don Nelson i Lenny Wilkens odnieśli więcej zwycięstw jako trenerzy, ale Jerry sukcesywnie się do nich zbliżał.

Jeśli to przez ciebie Deronie Williamsie to nie wróżę ci wielkiej kariery w Jazz. Ci ludzie nigdy nie wybaczą ci rozstania z wielkim trenerem. Jego następcą został Tyrone Corbin.

Żegnaj Jerry bo ciężko mi wyobrazić sobie Ciebie na ławce innej drużyny w NBA.


wtorek, 08 lutego 2011

Cleveland Cavaliers (8-44) - Dallas Mavericks (36-15) 96-99

Kiedy rok temu na naszych oczach tworzyła się historia niemocy Nets ciężko było sobie wyobrazić jeszcze gorszą serię. Minął rok i oto mamy rekord, a właściwie anty-rekord NBA. Cavaliers przegrali 25. mecz z rzędu w ciągu jednego sezonu. Podopieczni Byrona Scotta, który przeżył juz poprzedni najdłuższy seriał porażek w NBA z ekipą Vancouver Grizzlies są totalnie rozbici i przez kontuzje i psychicznie co daje mozliwość do przypuszczań, że ten rekord jeszcze wyśrubują.

Cavs w ostatnich sekundach mogli dwukrotnie doprowadzić do dogrywki, ale za pierwszym razem nie trafił Anthony Parker. Drugą okazję stworzył przypadek kiedy piłka po niecelnym rzucie Parkera trafiła na obwód. Mimo upływającego czasu najpierw Jamario Moon następnie Antawn Jamison nie rzucali, a postanowili oddać koledze piłkę, która ostatecznie trafiła do Parkera. Obrońca Cavs nie miał już jednak po co rzucać ponieważ czas ........... dobiegł końca. Ta akcja pokazała jaki ciężar siedzi w głowach zawodników z Cleveland. Nikt nie chce juz wziąc odpowiedzialności na swoje barki, a z każdym spotkaniem będzie się ten stan pogłębiać.

Ciężko jest wygrywać mecze gdy twój center przegrywa wznowienie z obrońcą rywali, a takiego "wyczynu" dokonał Ryan Hollins skacząc niżej od Jasona Terry'ego.

Rezerwowi Mavs zdobyli aż 60 punktów przy 11 graczy z ławki Cavs. Na tablicach gospodarze wygrali 51-43. W barwach Dallas zadebiutował Peja Stojakovic i w 20 minut zdobył 8 punktów i zebrał 5 piłek. Widać jeszcze u niego brak czucia piłki ponieważ trafił tylko 1 z 6 rzutów zza łuku.

Przed Cavs teraz osiem spotkań na własnym parkiecie i już w następnym mają szansę na zwycięstwo ponieważ przyjeżdżają Pistons. Kolejna okazja w niedzielę i wygrana w tym meczu będzie już obowiązkiem. W The-Q zjawią się Wizards, którzy w tym sezonie na wyjeździe jeszcze nie wygrali.

czwartek, 03 lutego 2011

Milwaukee Bucks (19-28) - Phoenix Suns (23-24) 77-92

Bucks przystąpili do meczu osłabieni brakiem kontuzjowanego Andrew Boguta oraz Drew Goodena. Po tych dwóch stratach można było się spodziewać, w którym miejscu parkietu Suns osiągną znaczącą przewagę. Już na początku drugiej kwarty "Słońca" miały 16 zdobytych punktów z "pomalowanego" przy żadnym Bucks. W całym meczu ta przewaga była wręcz przygniatająca 46-18. Połowę swich punktów Phoenix zdobyło właśnie spod kosza.

Zgodnie z oczekiwaniami gracze Bucks od pierwszej minuty meczu uciekali jak najdalej od "trumny". Ersan Ilyasova (15 pkt., 9 zb., 4 prz.) zagrał całkiem przyzwoity mecz jednak nie stanowił żadnego zagrożenia w low-post w ataku. Niewiele lepiej było w obronie. Jon Brockman czy Mbah a Moute tym bardziej nie mogli zmienić tej sytuacji.

Strefa podkoszowa była zarezerwowana tym razem dla Marcina Gortata (19 pkt., 11 zb., 8-13 FG, 2 blk.) i Channinga Frye (14 pkt., 13 zb., 3 blk.), który większość swoich punktów zdobył właśnie dzięki walce pod tablicami. Suns oczywiście wygrali walkę o zbiórki (54-39). Zastanawia tylko aż 14 "tablic" w ataku gości przy tylko 10 Suns.

Phoenix już do przerwy prowadziłi 52-31 i tak na prawdę nic nie mogło stanąć na przeszkodzie aby wygrali trzeci mecz z rzędu i zbliżali się systematycznie do ósmego miejsca na Zachodzie. W drugiej połowie Bucks przez chwilę zmniejszyli przewagę do 11 punktów, ale działo się to pod nieobecność na parkiecie Steve Nasha. Jego szybki powrót ponownie uspokoił sytuację na boisku i Suns dowieźli przewagę do końca. Kanadyjczyk w całym spotkaniu uzbierał 9 punktów, 13 asyst, 6 zbiórek, ale też i aż 9 strat. W pewnym momencie podczas trzeciej kwarty Nash miał problemy z kozłowaniem i co chwila piłka gdzieś mu odskakiwała. Jego siła polega jednak na tym, że w decydujących momentach jeśli nawet nie może zagrać partnerom dokładnej piłki sam trafia i nie pozwala rywalom dojść do głosu. Właśnie w tym meczu przekonaliśmy się o tym jak rządzi generał Steve.

Gortat standardowo pojawił się na parkiecie w połowie pierwszej kwarty i do jej zakończenia zdobył 6 punktów. Po pierwszej połowie na jego koncie widniało już 12 "oczek" i 6 zbiórek. W kolejnym już mecz widać świetne zrozumienie z Nashem. oczywiście przeciwko Bucks miałułatwione zadanie spowodowane brakiem Boguta, ale przecież w sporcie chodzi o wykorzystwanie przewag nad rywalami. Ostatnie trzy spotkania w wykonaniu Polaka to wysoka klasa i co chyba najważniejsze wpływ na poprawę defensywy zespołu z Arizony. 77, 71, 74 tyle punktów tracili Suns przeciwko Bucks, Celtics i Pistons. Po drodze zdarza się stracić 114 z Bobcats, ale gołym okiem można zauważyć progres w tej dziedzinie drużyny Gentry'ego.

W drugiej połowie Marcinowi gra szła nieco oporniej i dopiero w czwartej kwarcie ponownie się obudził i zdobył kilka punktów. W trzeciej kwarcie zablokował dwa rzuty Bucks pokazując kto rządzi obecnie pod koszami w Phoenix.

Ostatnie występy Polaka wyraźnie zwiększyły zainteresowanie jego wyczynami i w USA i w Polsce. Po meczach Suns przeglądając intenet trudno natrafić na stronę sportową gdzie na pierwszym planie nie widać Gortata. W Stanach komentatorzy bardzo często analizują grę naszego centra. Podczas dzisiejszej transmisji Łukasz Cegliński został poproszony o wywiad na antenie FOX Sports Arizona na temat Marcina. Możemy się tylko cieszyć ze wzrostu zaiteresowania koszykówką w Polsce.

Już w piątek czeka Marcina bardzo poważny sprawdzian. Mecz z Oklahoma City Thunder i nie tyle walka z będącym w fenomenalnej formie Kevinem Durantem, a z bestią podkoszową czyli Serge Ibaką. Póki co cieszmy się z piatego duble-double w ostatnich siedmiu meczach.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Gomaster